Minęło 12 miesięcy, przejechaliśmy 70 tysięcy kilometrów i szczęśliwie powróciliśmy do Polski.

Polska, Niemcy, Czechy, Słowacja, Węgry, Serbia, Macedonia, Grecja, Turcja, Syria, Jordania, Egipt, Sudan, Etiopia, Kenia, Uganda, Tanzania, Malawi, Zambia, Zimbabwe, Botswana, RPA, Namibia, Angola, D.R. Konga, Kongo, Gabon, Kamerun, Nigeria, Benin, Togo, Burkina Faso, Mali, Mauretania, Sahara Zachodnia, Maroko, Hiszpania, Francja, Włochy, Słowenia, Węgry, Słowacja, Polska

Twelve months on from our departure, and with 70,000 km behind us, we're now back, safe and sound, in Poland.








English
Polski

piątek, 28 maja 2010

Jordania 15,05,2005 – sobota

Rankiem wyruszyliśmy w kierunku „Zamków Pustyni”. Jako pierwszy odwiedziliśmy Kasr Al Azrak, miejsce w którym stacjonował Lawrence z Arabii.

Posępne zamczysko z czarnego kamienia miało bardzo ciekawie rozwiązane drzwi. Z powody braku drewna wykuto je z jednego kawałka kamienia i przypominały drzwi do bankowego sejfu.

Dalej odwiedziliśmy karawanseraj Kasr Al Charana, gdzie człowiek opiekujący się tym miejscem z dumą nas powitał słowami: Witam w moim zamku.

Budowla była schronieniem dla wędrujących przez pustynię karawan. Przemyślnie rozmieszczone w ścianach otwory wentylacyjne pozwalały cieszyć się chłodem nawet podczas dużych upałów. „Właściciel” zamku opowiedział nam trochę o jego historii i w ramach zabawienia nas napisał na piasku imię Barbara literami alfabety arabskiego.

Trzecim miejscem które odwiedziliśmy tego dnia były umiejscowione na szlaku karawan łaźnie zwane Kasr Amra. Wyobraźcie sobie na pustyni, po środku niczego, studnię skąd woda jest przesyłana rurami do basenów kąpielowych.
 Na tym nie koniec dziwów, bo wnętrze budowli ozdobione jest bardzo bogatymi malowidłami które przedstawiają półnagie kobiety – iście niecodzienny widok w sztuce islamskiej.



Nieco zmęczeni upałem rozbiliśmy obóz na pustyni i po dniu pełnym wrażeń zasłużenie sobie odpoczęliśmy.

Syria 14.05.2005, piątek

Tego dnia zwiedzaliśmy Bosrę, ruiny rzymskiego miasta z świetnie zachowanym amfiteatrem, który został później zaadaptowany na twierdzę islamską. Całość robi niesamowite wrażenie ponieważ jako budulca użyto czarnej skały bazaltowej która nadaje architekturze dosyć posępny wygląd. Tydzień przed naszym pobytem w Bosrze, w amfiteatrze koncertował francuski pianista Jean-Philippe Collard, grając utwory Chopina.

Z Bosry pojechaliśmy już do granicy z Jordanią. Po drodze, korzystając z jedynego zacienionego miejsca w okolicy stanęliśmy by ugotować obiad. Niestety miejsce to było na przeciw bazy wojskowej z mnóstwem radarów i szczęśliwie zdążyliśmy już zjeść jak zjawił się młody żołnierz i zapytał co my właściwie tu robimy? Polecił, byśmy w miarę szybko się stąd oddalili, bo jak stwierdził to jest Syria. W miarę szybko zmieniło się w natychmiast, jak zobaczył zbliżające się samochody z oficerami. Oczywiście woleliśmy nie czekać na wynik rozmów z panami oficerami i oddaliliśmy się żegnani ich groźnymi spojrzeniami.

Po południu wjechaliśmy do Jordanii i na nocleg wybraliśmy miejsce koło wielkiego sadu. Wiało niemiłosiernie, więc kąpiel nie należała do przyjemności, ale za to spaliśmy wybornie.

Syria, 13.05.2010 – czwartek, Damaszek

Damaszek to moloch w którym mieszka 3 miliony ludzi i także jedno z najstarszych nieprzerwanie zamieszkanych miast na ziemi. Potoki samochodów rozlewają się bezładnie w różnych kierunkach by w końcu w pobliżu centrum stanąć w potężnym korku. Znaleźć miejsce do zaparkowania to nie lada sztuka – potrzeba dużo samozaparcia. Starówka jest bardzo gęsto zabudowana. Nie ma tu większych skwerów czy placów. Potężny Meczet Umajjadów, jeden z czterech najważniejszych dla muzułmanów, jest jakby siłą wciśnięty w sieć wąskich uliczek.

W 2001 roku Jan Paweł II modlił się w nim u grobu Jana Chrzciciela. Aby do meczetu wejść kobiety muszą przywdziać szaty które zakryją ich figury; chyba dla muzułmanów sam kształt kobiecego ciała jest czymś grzesznym.

Dłuższy czas spacerowaliśmy po ulicach starego miasta ale z chęcią uciekaliśmy do krytych bazarów by chronić się od gorąca i też zrobić małe zakupy.

Suszone figi, morele, przyprawy z całego świata, orzechy i oryginalne, bogato zdobione stroje przyciągały nasz wzrok. Oczywiście nie brakowało też wyrobów chińskiego przemysłu dziewiarskiego tak dobrze znanych z naszych rynków. Naszym top zakupem zostały mydła z Aleppo, zrobione z oliwy z oliwek i oleju laurowego.

Na bazarze podeszliśmy do biednie wyglądającego starszego pana, który miał mikro stoisko na kółkach i sprzedawał landrynki. Chciałem zapytać go o drogę do któregoś z zabytków, ale mój arabski nie jest zbyt dobry i długo dukałem bez skutku. W końcu, ku obopólnemu zadowoleniu, pan zaproponował przejście na język rosyjski. Okazało się, że Ibrahim 8 lat studiował w Moskwie i ukończył dwa fakultety, w tym niestety literaturę rosyjską. Teraz, przeganiany przez policję z miejsca na miejsce, by wyżyć sprzedaje cukierki i ledwie wiąże koniec z końcem. Do swego ciężkiego losu podchodzi jednak z filozoficznym spokojem; może filozofia to był drugi kierunek studiów jaki ukończył? Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę, zostaliśmy poczęstowani bardzo mocną kawą z buteleczki, pan jeszcze wspomniał jak to smakowała mu wódeczka i niestety musieliśmy się rozstać. Trochę było nam smutno po tym spotkaniu i później jeszcze kilka razy wracaliśmy pamięcią do tych kilku chwil spędzonych na rozmowie z miłym starszym panem.

Z Damaszku skierowaliśmy się na Bosrę. Było już dosyć późno ale jechaliśmy bardzo wolno nie mogąc oderwać wzroku od otaczającego nas krajobrazu. Wszędzie leżały głazy z porowatego bazaltu, bo cały region był kiedyś potężnym, prehistorycznym wulkanem. Z mniejszych głazów rolnicy ustawili koronkowe mury na grubość jednego kamienia, przez które pięknie przebijało się światło zachodzącego słońca. Minęliśmy beduińskie wesele, ale mimo zaproszenia nie skorzystaliśmy z okazji do zabawy, za to za kilka chwil, pytając o drogę, przystaliśmy na zaproszenie na herbatę. Herbata przerodziła się w kolację i opiekę medyczną – okładanie ręki lodem, bandażowanie i polewanie jej spirytusem. Trafiliśmy do domy Mouhila, emerytowanego inżyniera rolnictwa i Ghany – nauczycielki. Kolacja była prosta, ale pyszna: oliwki i warzywa z własnego ogródka, biały ser, jogurt, pyszne przyprawy.

Bardzo szybko rozmowy zeszły na tematy polityczne. Mouhil został ranny podczas Izraelskich nalotów odwetowych podczas wojny Yom Kippur i widać, że niestabilna sytuacja w regionie jest przyczyną obaw co do przyszłości. Pokój to słowo które bardzo często słyszeliśmy od ludzi w Syrii, podkreślających, że jesteśmy jedną wielką rodziną i powinniśmy się kochać, a nie zabijać. Mouhil i Ghana są muzułmanami ale kobiety w ich rodzinie nie ubierają się od stóp do głów w czarne stroje tylko preferują ubrania dobrze nam znane z Europy, i nawet z pewnym brakiem zrozumienia traktują ten ortodoksyjny sposób zakrywania kobiet przed oczami innych ludzi.

Syria, 12,05,2010 – środa

W środę skierowaliśmy naszego smoka do Krak des Chevaliers, najsławniejszego z zamków krzyżowców, rozbudowanego przez Joannitów. Po drodze zatrzymaliśmy się w małym miasteczku Masjaf, także z zamkiem krzyżowców, by poprosić w którymś ze sklepów o lód na bardzo spuchniętą rękę Basi. Trafiliśmy w końcu do lokalnej restauracji gdzie właściciel wydrapał lód z zamarzniętych ścian zamrażarki. Pan który zajmował się pieczeniem hobzów (okrągłych chlebów przypominających naleśniki) złapał Basię za rękę i odmówił modlitwę albo też odczynił uroki, a następnie wycałował ją od palców po łokieć.

Restauracja serwowała nasze ulubione zawijasy z falafelkami, więc skorzystaliśmy z okazji i zamówiliśmy sobie po jednym.

Krak zrobił na nas ogromne wrażenie. Dla mnie jednym z powodów dla których tak było jest moje gniewskie pochodzenie, nasza krzyżacka warownia i zafascynowanie rycerstwem. Zamek jest potężny i w niczym nie przypomina znanych nam twierdz jak np. Malbork, czy Gniew. Masywne mury z białego kamienia, położenie, oraz rozplanowanie budowli mówi: nie zbliżaj się bo i tak nic nie wskórasz. U szczytu potęgi stacjonowało w nim 2000 rycerzy. Kiedy nadciągnęły wojska sułtana Bajbarsa broniła go garstka 200 żołnierzy i chociaż mieli zapasy żywności i wody na 3 lata, to szybko zdecydowali by się poddać. Po ponad stu latach twierdza została zdobyta.

Tego samego dnia pojechaliśmy jeszcze do Malula,

wspaniale położonej w górach miejscowości, która słynie z klasztorów św. Tekli i św. Sergiusza i Bachusa. Tekla była ulubioną uczennicą św. Pawła, a o Sergiuszu i Bachusie pisałem w którymś z poprzednich postów. W owych klasztorach po dziś dzień modlą się po aramejsku, czyli w języku w jakim modlił się Chrystus.

Obserwatorzy